redan

Naru słyszał wiele legend o Deszczowym Lesie. Gdy był mały i starsi bracia chcieli go postraszyć, opowiadali mu właśnie o nim. O mgle, białej jak mleko, która odbiera zmysły i pochłania ciało, o strasznych potworach, zamieszkujących gęste knieje, wreszcie o przedziwnych słodkich zapachach, mamiących zbłąkany umysł. Po wieczorze takich opowieści Naru zawsze chował się pod kołdrę i nie mógł zasnąć. Co czyha za granicą wioski? Czy opowieści o potworach są prawdą? Dowiedział się w trzydziestym szóstym roku życia, to jest wtedy, gdy osiągnął pełnoletność.

Był deszczowy chłodny poranek. Mama przekazała mu jego pierwsze zadanie i wedle starożytnego rytuału zostawiła przy wejściu do Lasu. Zapiął rękawy na każdym z trzech nadgarstków, odgarnął długie włosy i poprawił kurtkę. Inicjacja nie wydawała się trudna, została zaplanowana tak, by każdy przeszedł ją bez problemów. Wystarczy przejść na drugą stronę Lasu, znaleźć krzew czerwonych jagód, zebrać ich cały koszyk i wrócić z powrotem do wioski, konkretnie do Matki Opiekunki.

Uzbrojony w mały ogrodniczy nożyk wyruszył przetartą ścieżką. Promienie słońca w całości pochłaniała gęsta sieć posplatanych gałęzi.

Po kilku minutach marszu ogarnęło go zaskakujące uczucie słabości. Nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa, a umysł słabnąć. Opowieści braci nie ustępowały prawdzie: mgła rzeczywiście istniała. Im dalej w las, tym stawała się gęstsza.

Za plecami usłyszał szelest. Obejrzał się odruchowo, lecz w zasięgu wzroku zobaczył tylko ową mgłę. Zaniepokojony wycelował nożyk przed siebie. Jestem dorosły, powtarzał sobie, więc bajki trzeba odłożyć na półkę. Nie usłyszawszy nic więcej, minął Złoty Pagórek, o którym opowiadała Matka Opiekunka. Wedle instrukcji pozostało dziesięć minut marszu.

Wreszcie z gęstej mgły wyłoniły się krzewy czerwonych jagód. Łatwizna! Uradowany myślą o końcu zadania, podszedł i garściami zaczął nabierać do przygotowanego koszyka.

Delikatny powiew wiatru odsłonił szkielet martwego podróżnika. Naru z przestrachem upuścił swój nożyk. Wtedy jakieś ogromne cielsko wyłoniło się zza drzew. Czarne, z połyskującym chitynowym pancerzem i obrzydliwymi czułkami na głowie. Wiatr przywiał smród poprzednich ofiar. Jedna wciąż znajdowała się pod nogami potwora, sparaliżowana, uwięziona w białej gęstej mazi. Monstrum, zadowolone z kolejnego posiłku, podpełzło bliżej, i bliżej, aż we wszystkich ośmiu parach czarnych oczu odbiła się przerażona twarz Naru.

Już po mnie, pomyślał z przestrachem. Gorączkowo sięgnął po nożyk, wyciągając dłoń do granic możliwości, ale broń leżała za daleko. Potwór zbliżył pysk do jego twarzy i otworzył paszczę, ukazując garnitur ostrych zębisk.

W tej właśnie chwili las zalała fala jasnego światła. Zdumiony Naru ani drgnął, lecz potwór gwałtownie się cofnął. Oto na drodze pojawił się Strażnik. Legendarna istota o lśniącym pancerzu z wolna podeszła bliżej. Naru rozpoznał twarz przybysza. To Redan Młotogromny, kapitan grupy uderzeniowej Strażników w tej części planety.

Naru podpełznął pod najbliższe drzewo i zasłonił twarz dłońmi, by blask nie odebrał mu wzroku.

Potwór syknął, wściekły, że ktoś zechciał przeszkodzić mu w obiedzie, następnie kłapnął zębiskami i z ogromną prędkością skoczył w kierunku Strażnika. Wydawać by się mogło, że leciał tak w nieskończoność, gdy wreszcie Redan Młotogromny wyjął swój młot. Ciężki, niemal boski i obrośnięty chwałą, z runami starożytnych praojców. Niedźwiedzie łapy ugięły się do skoku. Potwór wyciągnął swe odnóża, by trysnąć trucizną w nowego przeciwnika, lecz Redan Młotogromny nie mógł być zaskoczony.

Uderzenie było tak potężne, że ziemia zatrzęsła się pod nogami.

Cielsko potwora bezładnie poszybowało w górę, Redan zaś ryknął triumfalnie. Wziął monstrum za łeb i dokończył walkę jednym szarpnięciem.

Chwilę później oszołomiony Naru wyszeptał:

– Powiedz, jak mogę się odwdzięczyć?

Lecz Redan Młotogromny już znikał w zaroślach, zostawiając Naru sam na sam z martwym potworem oraz koszykiem pełnym czerwonych jagód.

selim

Selim wykonała kilka sprawnych ruchów biodrami i znalazła się w punkcie docelowym. Spojrzała w śmierdzącą kałużę. Lustrzane odbicie w tafli falowało od elektromagnetycznych promieni jej bioszkieletu.

Ulokowała się przy ścianie tunelu kanalizacyjnego, włączyła aparat namierzający i rozpoczęła przeszukiwanie. Hologramowy ekran rozbłysł tysiącem wzorów, lecz Selim przerzuciła nudne obliczenia, które wykonała wcześniej, i zajrzała do mapy obiektu. Cholerne zabezpieczenia, pomyślała, trzęsąc urządzeniem wmontowanym w rękawicę. Muszę podejść bliżej.

Przesunęła się niemrawo, wypinając tyłek, wdzięczna, że nikt nie widzi, a następnie przylgnęła do kraty na końcu tunelu. Sygnał wreszcie był odpowiedni.

Założyła gogle i uruchomiła procedurę przyswajania. Gmach Nowego Banku Kalifornii dzielił się na sześć ogromnych kondygnacji, z czego aż pięć objętych było Nadzwyczajnym Programem Zabezpieczeń. Siedmiokrotne szyfrowanie miało zapewnić stuprocentową ochronę przed atakami hakerskimi, media obiecywały więc, że klienci Banku mogą spać spokojnie. Selim, która współtworzyła ten system zabezpieczeń, takich deklaracji na szczęście nie składała.

Przejrzała numery kont powiązane z konkretnymi pracownikami Banku. Donney Richards, prezes. Trace Horrigan, wiceprezes. Kerry White, Gan-Jon Yun, Tommy Hank, członkowie zarządu. Wszystkie nazwiska kojarzyła z twarzami tych korpośmieci. Szczególnie zapadł jej w pamięci Donney Richards, który wsadził do paki Alice, jej ukochaną siostrę.

No więc policzymy się, panie Donney. Otworzyła profil konta bankowego Richardsa i, posługując się kilkoma linijkami kodu, ściągnęła informacje dotyczące dostępnych środków. Ze zgrozą wyczytała dziewięciocyfrową kwotę. Przekierowanie. W kilka sekund pieniądze o łącznej wartości stu pięćdziesięciu milionów dolarów wpłynęły na jej konto. Pomasowała kark – ta robota bywa męcząca.

Dwie minuty później Selim wyczyściła konta całego zarządu, pionu marketingowego, logistycznego i technicznego. Dopiero przy trzydziestej czwartej kradzieży nad jej głową rozległ się alarm, jednak było już po wszystkim.

Zamknęła procesy, zdjęła gogle i zmieniła rękawiczki. Klej na opuszkach palców pomagał wspinać się po ścianach.

Zniknęła, zanim ochrona Banku zdążyła się zorientować.

Wróciła do domu bogatsza o pół miliarda dolarów.

andrij

Andrij Nokovic stanął przed domem klienta. Poprawił oba rewolwery, sprawdzając, czy naboje znajdują się we właściwych komorach, po czym oparł się o drzwiczki zdezelowanego, pokrytego sadzą samochodu. Ruski zegarek wskazywał czternastą pięćdziesiąt dziewięć. Idealnie.

Z litością obejrzał drewniane drzwi, które właściciel zabarykadował od wewnątrz grubą belą. Andrij był profesjonalistą – nie musiał sprawdzać, po prostu to wiedział. Żeby dopełnić wszystkich formalności, podszedł jednak do wybitego okienka i trzykrotnie zapukał, dając klientowi czas na zorganizowanie obrony.

– Pan Michaił Warowski? – spytał, wyczytując nazwisko z pomiętej kartki. – Kontrola Komornicza.

Odczekał regulaminowe sześć sekund, by następnie wysadzić drzwi małym ładunkiem magnetycznym.

Powietrze wypełniły tumany kurzu, więc Andrij schował się za wysokim kołnierzem płaszcza. Sprawę zamkniętych drzwi dokończył energicznym kopniakiem. Na wszelki wypadek do środka wrzucił ładunek halogenowy. Pomieszczenie rozbłysło oślepiającym blaskiem.

Gdy Andrij znalazł się w niewielkim pomieszczeniu, do jego nozdrzy napłynął ostry zapach staroci. Kolejny sentymentalny dupek, który powinien urodzić się w innej epoce, westchnął w duchu. Błękitna manierka, relikt mieszkalnych krypt, zajmowała honorowe miejsce na połamanej półce. Ściany pokrywały czarno-białe gazety z poprzednich dekad. „Pierwszy Publiczny Schron Atomowy w Zurychu otwarty! Ruszyły zapisy!”, krzyczały nagłówki. „Wojna USA-Rosja. Czy to możliwe?”, „Krypty XXII wieku. Sprawdź sam!”. „Nowotwór pokonany!” Andrij zobaczył już tylko kątem oka, bo nagle usłyszał szelest czyjejś kurtki.

Odwrócił się instynktownie. Naprzeciwko stał Michaił Warowski, który właśnie celował do niego z pistoletu.

– Nie dostaniecie mnie. – Zadrżał mężczyzna.

Lecz Andrij tylko się uśmiechnął.

– Nie zapłacił pan za wynajem schronu. Minął rok, panie Michaile.

– Ja… z-z-zapłacę.

Andrij rzeczowo obejrzał lufę skierowaną w jego twarz. Czujnik zagrożenia, zaszyty pod płaszczem Nokovica, informował o słabym wzroku przeciwnika oraz niskich szansach trafienia.

– Za późno.

Szarpnął za poły swojego płaszcza i zanim Michaił Warowski zdążył zareagować, wpakował w niego pięć pocisków kalibru Magnum .357. Potem pomieszczenie utonęło w ciszy.

Wyjął przenośny terminarz i odznaczył wykonanie zlecenia. Pięćset nowych dolarów wpłynęło na jego konto. Z satysfakcją zaczął wycierać rękawiczki, gdy nagle zauważył, że na ziemi poniewiera się stylowy, słomiany kapelusz. Klientowi chyba już się nie przyda, pomyślał, nakrywając sobie głowę.

– Miło było pana poznać, Michaile Warowski – rzucił za siebie.

I wyszedł na drogę krajową numer trzydzieści jeden, w kierunku Nory – stolicy szabrowników i narkomanów.

Jego skórzane buty uderzały obcasami o popękany asfalt, informując, że na dzisiejszej liście zleceń znajduje się jeszcze sporo nazwisk.

Historie spisał Krzysztof Abramowski

Email marketing powered by FreshMail